KRK-WAW - BLOG

O autorze ↓

Lans na Rynku, czyli co traci Warszawa bez centrum

Krakowscy spacerowicze. W dzień i noc, na co dzień i od święta.
Krakowscy spacerowicze. W dzień i noc, na co dzień i od święta. Fot.Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Sylwester, Wielkanoc, Nowy Rok czy niedziela – nie ma w Krakowie święta, któremu nie towarzyszyłby obowiązkowy spacer po Rynku. Dreszcz emocji ukryty w haśle „idziemy na Rynek!” - mimo prób detronizacji - jest wciąż silną zapowiedzią celebracji i lansu. Rozumianych tu zgoła inaczej niż w stolicy.

Ekscytacja. Już za kilka dni wsiądę do pociągu, który zawiezie mnie w stronę Krakowa. Po kilku godzinach męki w ciasnym przedziale - wśród zapachów wełnianych swetrów, kanapek z kiełbasą i w strachu przed odwiedzeniem pociągowej toalety – wysiądę na Kraków Główny i dam się wchłonąć leniwej, świątecznej atmosferze miasta.



Świętowanie w Krakowie nieodłącznie kojarzy mi się z „wychodzeniem na Rynek”. Chyba nie ma okazji, w której spacerowanie po krakowskim deptaku byłoby niepożądane. Wychodzimy w niedzielę, Wielkanoc, Boże Narodzenie i Nowy Rok. Suniemy – jeszcze wolniej niż zwykle - w nowych płaszczach i kapeluszach, ze starannymi makijażami i wypolerowanymi butami. Bynajmniej nie z powodu jakichś niesłychanych atrakcji, które mogłyby tam na nas czekać – w końcu Rynek jak to Rynek, nie zmienia się zbytnio od 1257 r.

Wychodzimy towarzysko – bo nie ma szans, by w uroczysty dzień nie spotkać tam znajomych. Tych oryginalnych krakusów z dziada pradziada. Przyjezdni nowi mieszczanie obsiadują w tym czasie kazimierskie i podgórskie kawiarenki - pomińmy ich zatem wymowną kropką.

Kurtuazyjne wymienianie ukłonów i omijanie wzrokiem tych, których spotkać nie chcieliśmy, należy do kanonu świątecznych, spacerowych zachowań na Rynku. Przypadkowe spotkania kończą się czasem wspólnymi kawkami wśród anegdot sprzed lat, i nikt nie spogląda nerwowo na zegarek: raz, że jest święto, dwa, że jesteśmy w Krakowie.

Spacerowaniu sprzyjają zresztą miejskie tradycje – dość wspomnieć bożonarodzeniowe wędrówki od szopki do szopki, czy kolejki do Grobów Pańskich w Wielką Sobotę. To w kolejkach i w tłumie wysłuchuje się najciekawszych anegdot i zażartych politycznych kłótni. Albo łowi się spojrzenia dawnych szkolnych miłości.

Tego wszystkiego brakuje mi w Warszawie. Trudno tu wpaść na własnego sąsiada, a co dopiero mówić o przypadkowym, świątecznym spotykaniu znajomych „na mieście”! Pojęcie to jest zresztą szerokie, bo co w Warszawie oznacza centrum? Turystyczną Starówkę czy wybitnie niepraktyczny punkt spotkań –Pałac Kultury, pod którym łatwo się zgubić? Plac Bankowy czy Teatralny? „Pod Rotundą” czy „patelnię”? Może właśnie dlatego tak trudno jest się w Warszawie spotkać przypadkowo w świąteczny dzień - bo tu każdy ma indywidualną definicję centrum?

I nie łudźmy się – w zwabieniu mieszkańców nie pomogą nawet starówkowe błyskotki, którymi wyjątkowo hojnie obdarował nas w tym roku stołeczny Urząd Miasta. Nawet jeśli mają w sobie jakiś posmak dzieciństwa – tęsknotę za „prawdziwymi świętami” z pierwszych reklam coca-coli w latach 90. Choć krakowskie dekoracje co roku wypadają na tle przepychu warszawskich dość blado, wolę świętowanie na Rynku – z wszystkimi jego świątecznymi konwenansami i śmiesznostkami, wciąż jednak pełnymi prawdziwego uroku.

Karolina Przewrocka
Trwa ładowanie komentarzy...